Mam wrażenie, że większość z nas całkiem dobrze wie, co należałoby robić, żeby zwiększyć swoje szanse na długie życie w dobrej formie. Zestaw niespecjalnie odkrywczy: Ruszać się. Ćwiczyć siłowo. Nie mieć nadwagi. Sensownie jeść. Spać. Nie palić. Nie przesadzać z alkoholem.

A mimo to rynek pełen jest produktów, kuracji, urządzeń, suplementów, diet i kolejnych metod, które próbują nas przekonać, że być może jednak istnieje prostsza droga. I ten rynek z czołowymi korpo-graczami ma się całkiem dobrze.

My, co ciekawe, chyba często sami chcemy dać się przekonać. Nie dlatego, że jesteśmy naiwni, raczej dlatego, że prawdziwa zmiana ma swoją cenę.

Przypomniała mi się niedawno moja własna historia.

Przez lata bardzo mocno chrapałem. Na tyle, że przestał to być wyłącznie mój problem. Moja żona nie mogła przeze mnie spać, więc mnie budziła, żeby sama mogła zasnąć. Potem z kolei ja już nie mogłem spać. Kto zna ten nocny ping-pong, pewnie wie, że po pewnym czasie trudno podchodzić do niego z poczuciem humoru.

Mam lekko skrzywioną przegrodę nosową, więc w pewnym momencie poszedłem do laryngologa. Zaczęliśmy od chrapania – upewnił mnie, że to źle dla mnie, szczególnie jeśli występuje też bezdech senny. Rozmawialiśmy o operacji. Jako laik zrozumiałem z tego tyle, że trzeba ją jakoś chirurgicznie skorygować i ustawić prawidłowo. Koszt, o ile dobrze pamiętam wtedy to było około 10 tysięcy złotych.

Byłem naprawdę blisko decyzji poddania się temu i ratowania moich wspólnie przesypianych z żoną nocy.

Potem minęło trochę czasu, wziąłem się za siebie, mocno schudłem i niejako przy okazji… przestałem chrapać.

Nie wyciągam z tego wniosku, że operacje przegrody są niepotrzebne. Przyczyny chrapania mogą być bardzo różne, a problemy ze snem, szczególnie podejrzenie bezdechu, wymagają normalnej diagnostyki medycznej.

Zainteresowało mnie w tej historii coś zupełnie innego.

Dzisiaj zastanawia mnie coś innego: dlaczego przy całej rozmowie o chrapaniu i możliwej operacji nikt nie powiedział mi wtedy: zanim pójdziemy dalej, może warto spróbować zrobić coś z wagą, dietą i tym brzuchem? Chociaż spróbować.

Jak łatwo byłem gotów zapłacić sporo pieniędzy za skomplikowane rozwiązanie, a jak trudno wcześniej było mi porządnie zająć się rzeczą znacznie bardziej podstawową. Extra-kilogramami, które nosiłem ze sobą każdego dnia.

I tu przechodzę do fenomenu naszych „magicznych pigułek”. Magiczna pigułka wcale nie musi być pigułką.

Może być zabiegiem. Suplementem. Najnowszą dietą. Gadżetem. Aplikacją. Badaniem. Biohackiem. Czymkolwiek, co pozwala nam przez chwilę uwierzyć, że być może uda się kupić efekt bez płacenia pełnej ceny procesu.

Dwaj nobliści z ekonomii, George Akerlof i Robert Shiller, napisali kilkanaście lat temu książkę Phishing for Phools. Pokazują w niej między innymi coś mało wygodnego: jeżeli istnieje nasza psychologiczna słabość, na której można zarobić, rynek wcześniej czy później znajdzie sposób, żeby na nią odpowiedzieć. To oczywiście ogromne uproszczenie ich argumentu, ale właśnie ten jego fragment bardzo mnie zainteresował.

Bo w zdrowiu powstaje ciekawy paradoks: znacznie łatwiej sprzedać coś, co można zamknąć w pudełku, niż regularne uprawianie sportu, a nawet codzienny spacer.

Łatwiej zapłacić za kolejny produkt niż trzy razy w tygodniu pójść na trening. Pamiętam nawet reklamy wibrujących gadżetów, które miały rzeźbić mięśnie brzucha podczas oglądania telewizji. To dopiero była obietnica – sześciopak bez wstawania z kanapy. Bajkowa perspektywa, powinni dodawać stojak piwochłodzący jako bonus.

Bez bólu można kupić i zacząć łykać kolejną garść suplementów poleconych przez Youtubowego guru, trudniej zmienić całkowicie styl odżywiania i go utrzymać.

Łatwiej kupić subskrypcję apki mierzącej jakość snu niż regularnie kłaść się wcześniej do łóżka.

Pomyślmy teraz chwilę:

Każda z tych dróg kosztuje.

Pigułka kosztuje pieniądze. Trening też może kosztować pieniądze, jeżeli chodzimy do klubu albo pracujemy z trenerem. Można te koszty zminimalizować ćwicząc samemu, czy biegając. Ale przede wszystkim kosztuje czas, pot, przełamywanie własnego „nie chce mi się” i regularność.

Zmiana stylu odżywiania kosztuje rezygnację z części przyzwyczajeń i przyjemności.

Ograniczenie alkoholu również ma swoją cenę. Czasem nie chodzi nawet o sam kieliszek i wartość zawartości. Może się okazać, że zmieniają się nasze spotkania albo relacje z ludźmi, dla których wspólne picie było ważną częścią kontaktu.

A lepszy sen kosztuje czas, który chętnie oddalibyśmy jeszcze serialowi, telefonowi albo pracy.

Nie istnieje więc rozwiązanie bez kosztów.

Możemy jedynie zdecydować, za co chcemy zapłacić.

I tutaj mogę zacząć robić bilans: Gdybym potraktował swoje zdrowie jak inwestycję, to gdzie dzisiaj lokuję czas, pieniądze i wysiłek?

Czy kupuję kolejną obietnicę, po której za pół roku będę potrzebował następnej? A może inwestuję w coś, co po kilku latach nadal będzie moje: mięśnie, wydolność, prawidłową masę ciała, lepsze nawyki, dobry sen, sprawność i ludzi wokół siebie?

Oczywiście korzystam również z suplementów, badań, technologii i różnych urządzeń. Sam lubię mierzyć różne rzeczy i sprawdzać, co dzieje się z moim organizmem – takie zawodowe skrzywienie managera – nie zarządzasz tym, czego nie mierzysz.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy narzędzie zaczyna zastępować proces.

Bo być może największą iluzją współczesnego rynku zdrowia nie jest wiara w konkretną magiczną pigułkę. Jest nią nadzieja, że kiedyś pojawi się coś, dzięki czemu nie będziemy musieli zmieniać siebie.

Moim zdaniem to fałszywa nadzieja. Im bardziej interesuję się zdrową długowiecznością, tym częściej dochodzę do mało efektownego wniosku, że spora część rzeczy, które naprawdę mogą nam pomóc, jest zadziwiająco zwyczajna.

Tyle że wymaga czasu, i dlatego zamiast pytać dziś:

„Co jeszcze powinienem kupić dla swojego zdrowia?”

może warto czasem zapytać:

„Za co jestem gotów zapłacić swoim czasem, wysiłkiem i konsekwencją?”

Bo utrzymanie zdrowia i tak będzie kosztować. Pytanie tylko, w co chcemy zainwestować i jak za to zapłacimy.

Jarek Krawczyk

Mężczyzna w Pełni Świadomy

Tekst pierwotnie opublikowany na LinkedIn.