Coraz częściej myślę o treningu przez pryzmat tego, co chcę jeszcze robić w życiu.
Chcę podróżować kamperem, chodzić po górskich ścieżkach, nurkować. Samodzielnie przenieść bagaż, wnieść zakupy. Jako dziadek – móc podnieć wnuczkę do góry wtedy, kiedy będzie starsza (i cięższa!). Mieć wystarczająco dużo siły i energii, żeby ciekawy pomysł nie kończył się od razu pytaniem: „Ale czy fizycznie dam radę?”.
Po pięćdziesiątce zacząłem wiele nowych aktywności. Pisałem o tym w poprzednim artykule. Dzisiaj coraz wyraźniej widzę, że otwartość na nowe doświadczenia potrzebuje również sprawności, która pozwoli z tych możliwości korzystać.
Dlatego pytanie „ile podnosisz w martwym ciągu?” interesuje mnie tylko w szerszym kontekście.
Do czego ta siła ma mi się przydać?
Przez wiele lat jesteśmy przyzwyczajani do oczekiwania wzrostu. Więcej zarabiać, więcej osiągać, szybciej biegać, więcej podnosić. Wynik powinien być lepszy niż poprzednio. Gdy stoi w miejscu, łatwo uznać, że robimy coś źle.
Z wiekiem warto przemyśleć tę miarę sukcesu.
Jeżeli za kilka lat nadal będę mógł samodzielnie robić to, co robię dzisiaj, będzie to miało dla mnie ogromną wartość. Utrzymana siła. Zachowana swoboda ruchu. Możliwość przejścia ulubionej trasy po tatrzańskim szlaku. Kolejny rok, w którym mogę spakować kampera i ruszyć w drogę.
Od pewnego wieku utrzymanie wyniku jest właśnie postępem – bo oznacza zachowanie możliwości mimo upływu czasu.
Oczywiście nie każdy miesiąc bez progresu trzeba od razu tłumaczyć wiekiem. Czasem warto przyjrzeć się treningowi, regeneracji, zwrócić uwagę na ogólny stan zdrowia. Chodzi mi o dłuższą perspektywę i zgodę na to, że sukces może mieć różne formy.
Pomaga mi pewien obraz: kula tocząca się po równi pochyłej.
Nie potrafię zatrzymać czasu ani wyłączyć procesu starzenia. Mam jednak wpływ na część warunków, w których ten proces zachodzi. W tej metaforze mogę pracować nad kątem nachylenia równi.
Ruch, trening, sen, odżywianie, profilaktyka i leczenie, kiedy jest potrzebne – to obszary, w których moje decyzje mają znaczenie. Moja kula toczy się wolniej.
Nie oznacza, że od pewnego wieku każdy wynik musi już tylko spadać. Także po 50. A nawet po 60. można zwiększać siłę, poprawiać kondycję i odzyskiwać część utraconej sprawności. Starzenie i efekty treningu nachodzą na siebie.
Nie wszystko jest już możliwe. Nadal jednak warto sprawdzać, co jest.
Nie mam też pełnej kontroli nad nachyleniem mojej równi. Są choroby, urazy, genetyka, warunki życia i zwykły przypadek. Czyjaś ograniczona sprawność nie jest dowodem, że za mało się starał.
Wolę myśleć o dbaniu o siebie jako o zwiększaniu swoich szans. Bez gwarancji, ale z realnym sensem.
Kiedy wróciłem do regularnych treningów, regularne okresowe pomiary stały się jednym ze sposobów obserwowania, gdzie jestem. Siła chwytu, wstawanie z krzesła czy próba marszowa dają punkt odniesienia. Warto wykonywać je w podobnych warunkach i patrzeć na zmianę w czasie, zamiast wyciągać wielkie wnioski z jednego dnia.
Jednak ostateczny sprawdzian odbywa się poza siłownią.
Czy mogę podnieść ciężką walizkę? Czy mam siłę i zachowuję równowagę na nierównej ścieżce? Czy po aktywnym dniu zostaje mi jeszcze energia na rozmowę i spotkanie?
To właśnie nadaje liczbom znaczenie.
Sam trening jest częścią większego planu: jak chcę żyć i czego potrzebuję, żeby móc tak żyć możliwie długo. Dla jednej osoby celem będzie górska wędrówka. Dla innej praca w ogrodzie, zabawa z wnukiem albo samodzielne wyjście po zakupy.
Każdy z tych celów zasługuje na szacunek.
Jest w tym również ważna myśl dla młodszych mężczyzn.
Jeśli masz trzydzieści czy czterdzieści lat, sprawność może wydawać się czymś oczywistym. Ciało wykonuje polecenia i rzadko negocjuje. Łatwo wtedy uznać, że na zadbanie o siebie i regularny ruch przyjdzie czas później.
Tymczasem warto już teraz budować siłę, masę mięśniową, wydolność i nawyk aktywności. W metaforze równi chodzi również o to, z jakiej wysokości zaczynamy puszczać naszą kulę z równi: z jakim zapasem możliwości wchodzimy w kolejne dekady.
Ten zapas nie zostaje jednak z nami bezterminowo. Kilka sportowych lat w młodości nie zastępuje późniejszej troski o siebie. Budowanie sprawności i jej podtrzymywanie to zadanie rozłożone na życie.
A jeśli ten wcześniejszy czas minął? Dzisiejszy punkt startu nadal jest wart uwagi. Sam wróciłem do regularnych treningów będąc mocno po pięćdziesiątce. Ale musiałem to sobie wybaczyć – rozliczanie wszystkich zaniedbań nie wykona za mnie najbliższego treningu.
Coraz bliższe jest mi więc takie podejście: uznać ograniczenia, zobaczyć swoje możliwości i regularnie z nich korzystać.
Czasem uda się coś poprawić. Czasem jakąś sprawność odzyskać, często tylko ją utrzymać. A czasem trzeba będzie zmienić plan i nauczyć się działać w nowych warunkach.
Chcę być sprawnym po coś. Żeby uczestniczyć w życiu, realizować pomysły i być z ludźmi. To daje mi mocniejszy powód do wysiłku niż sama obietnica lepszego wyniku.
Co chcesz móc robić samodzielnie za dwadzieścia lat. Jak dbasz o tę możliwość dzisiaj?


