Mam 61 lat i coraz częściej łapię się na tym, że nie bardzo pasuje mi język, którym zwykliśmy mówić o starzeniu się. Może dlatego, że długo opierałem się myśli, że to 'starzenie się’ dotyczy także mnie i zasadniczo było mi to zupełnie obojętne.
’W tym wieku już trzeba uważać’. 'Człowiek nie ma dwudziestu lat’. 'Najważniejsze, żeby zdrowie było’. Niby nic złego w tych zdaniach nie ma, a jednak gdzieś pod spodem czai się założenie, że od pewnego momentu życie zaczyna się przede wszystkim kurczyć. I właściwie to oczywiście prawda.
Mniej możliwości, mniej siły, mniej planów. Trzeba zwolnić, pogodzić się z upływem czasu i nauczyć się rozsądnie zarządzać tym, co jeszcze zostało. Generalnie – to też ma sens.
Tylko czy rzeczywiście tak musi wyglądać druga połowa życia?
Pierwsza połowa ma zupełnie inne zadania do wykonania
Kilka lat temu trafiłem na książkę Richarda Rohra „Spadając w górę”. Rohr pisze w niej o dwóch połowach życia i ta koncepcja została ze mną na długo.
Pierwsza połowa (powiedzmy do 40-45; jak ktoś tyle już ma, to nie myśli raczej, że będzie jeszcze 'trzecia połowa’, po 90-ce) jest w dużej mierze czasem budowania. Zdobywamy wykształcenie, pracę, pozycję, zakładamy rodzinę, wychowujemy dzieci, zarabiamy pieniądze. Próbujemy odpowiedzieć sobie i światu na pytanie: kim jestem i co potrafię? Prawda jest często taka, że zazwyczaj odpowiadamy w swoim imieniu KOMUŚ. Rodzicom, żonie/partnerce, kolegom, znajomym – to dla nich i według ich miar i oczekiwań, chcemy stać się i być KIMŚ.
To wszystko jest potrzebne.
Problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy grać według tych samych zasad przez następnych trzydzieści lat.
Bo w pewnym momencie pytanie „co jeszcze mogę osiągnąć?” przestaje wystarczać. Pojawiają się inne, bardziej uwierające kwestie: Jak właściwie chcę żyć? Z kim? W jakiej kondycji? Co jest dla mnie naprawdę ważne? I co chciałbym zrobić z czasem, który mam przed sobą?
I od kilkunastu lat tak pytam się i pytam, a te pytania stają się coraz ciekawsze i bardziej złożone.
Dwadzieścia, trzydzieści lat to kawał życia
Kiedy miałem lat 30-40, chyba w ogóle nie myślałem o tej zmierzającej do jakiegoś finału przyszłości. Dość spraw tzw. bieżących zaprzątało mi głowę. Ale kiedy mam już ponad 60, to perspektywa jakby mocno się skróciła – trzydzieści kolejnych brzmi trochę abstrakcyjnie. Ale jeśli zdrowie pozwoli, to przecież właśnie o takiej perspektywie możemy dzisiaj mówić.
A trzydzieści lat to przecież tyle, ile dzieli trzydziestolatka od sześćdziesięciolatka.
Można w tym czasie zbudować firmę, zmienić zawód, nauczyć się języka, napisać książkę, objechać pół świata, poznać nowych ludzi, zakochać się albo kilka razy kompletnie zmienić zdanie na temat tego, co w życiu jest ważne.
Można też przeżyć te lata coraz bardziej na uboczu, zatracając radość i satysfakcję z własnego życia.
I właśnie ta różnica pomiędzy 'można’ a 'można też’ bardzo mnie ostatnio interesuje.
Długowieczność zaczęła dla mnie znaczyć coś innego
Od pewnego czasu mocno zgłębiam temat longevity, ale najmniej interesuje mnie bicie rekordu Guinnessa.
Nie marzę o tym, żeby dożyć 105 lat i przez ostatnie dwadzieścia obserwować świat z fotela, albo być przykutym do łóżka i zdanym na pomoc najbliższych.
Znacznie ciekawsze jest dla mnie pytanie, jak długo można zachować sprawność, samodzielność, ciekawość świata i możliwość decydowania o swoim życiu.
Dlatego ćwiczę. Przyglądam się temu, co jem. Interesuję się snem, regeneracją, mięśniami, kondycją i profilaktyką. Nie dlatego, że nagle postanowiłem zostać sportowcem po sześćdziesiątce. Moim największym osiągnięciem pozostanie tytuł mistrza kolonii letnich w Zegrzu w ping-pongu.
Chcę po prostu zwiększyć szansę, że za dwadzieścia lat nadal będę mógł robić rzeczy, które będą dla mnie ważne.
Ale im dłużej zajmuję się tym tematem, tym bardziej widzę, że sama sprawność fizyczna nie wystarczy.
Bo po co być sprawnym, jeśli nie ma z kim wypić kawy?
To pytanie brzmi trochę żartobliwie, ale jest całkiem poważne.
Możemy pilnować cholesterolu, robić przysiady i liczyć białko, a jednocześnie coraz bardziej zamykać swoje życie do pracy, domu i kilku rutynowych kontaktów.
Prowadząc Męskie Kręgi, widzę, jak ważne stają się z wiekiem relacje z innymi ludźmi. Ci inni, to nie tylko rodzina, która oczywiście jest niezwykle ważna. Potrzebujemy również przyjaźni, znajomych, rozmów, wspólnych doświadczeń i poczucia, że gdzieś przynależymy.
Może dlatego tak mocno interesuje mnie dzisiaj zdrowie i longevity, a jednocześnie tak wiele czasu poświęcam Męskim Kręgom.
Jeszcze niedawno traktowałem te obszary jako dość odległe od siebie. Dzisiaj widzę między nimi coraz więcej połączeń.
Mam więcej pytań niż odpowiedzi
I to chyba dobrze. Zadawanie odpowiednich pytań jest sztuką trudną, a szukanie odpowiedzi na nie – zajęciem fascynującym.
Nie mam gotowej recepty na drugą połowę życia. Sam ją właśnie przeżywam i sprawdzam na sobie różne rzeczy.
Wiem natomiast, że nie chcę traktować jej jak poczekalni. Chciałbym być sprawny, mieć wokół siebie ludzi, nadal się rozwijać, robić rzeczy, które mnie ciekawią i mieć poczucie, że kolejne lata do czegoś prowadzą.
Może więc zamiast pytać, jak zatrzymać młodość, warto zadać sobie inne pytanie:
Jak chciałbym żyć za 10, 20 albo 30 lat – i co mogę zrobić dzisiaj, żeby zwiększyć szansę, że właśnie tak będzie?
Ja coraz częściej zadaję to pytanie sobie, a także 'moim Kręgowiczom’.
I mam takie przeczucie, że i tu będę do niego wracał.
Jarek Krawczyk
Mężczyzna w Pełni Świadomy


