Kiedy patrzę na ostatnią dekadę mojego życia, widzę całkiem sporo rzeczy, na których zrobienie odważyłem się po raz pierwszy.

Po pięćdziesiątce założyłem ze wspólnikami firmę TheusLED. Zacząłem podróżować poza formułą All Inclusive – od zwykłego namiotu, przez namiot dachowy i przyczepę kempingową, aż po kampery. Wyjechałem na safari nurkowe na Morze Czerwone. Trafiłem też do męskich kręgów: najpierw jako uczestnik Watah, później jako moderator kręgów Masculinum.

Część z tych działań wygląda jak kaprysy kryzysu wieku średniego, ale każde z nich wymagało nauczenia się czegoś nowego. Jednak jeszcze ważniejsze było przeformatowanie własnych przekonań i przyzwyczajeń. Dopuszczenie myśli, że mogę spróbować, choć jeszcze nie wiem, jak mi pójdzie.

I że może mi nie wyjść.

W pewnym wieku ta ostatnia myśl potrafi ważyć więcej, niż chcielibyśmy przyznać. Mamy przecież doświadczenie. Ludzie liczą się z naszym zdaniem. Bywamy szefami, rodzicami, ekspertami. Przyzwyczajamy się do roli człowieka, który wie, co robi. Może boimy się już zaryzykować?

A potem pojawia się coś, co nas ciekawi – i nagle trzeba zadać podstawowe pytanie. Poprosić o pokazanie. Przyznać, że ktoś młodszy umie więcej. Wytrzymać własną nieporadność.

Czy potrafimy jeszcze pozwolić sobie na taki początek?

Kiedy zmieniałem sposób podróżowania, stopniowo poszerzał się zakres rzeczy, za które trzeba było samemu wziąć odpowiedzialność. Namiot, zwyczajny, potem dachowy, przyczepa i kamper oznaczały różne możliwości, ale też kolejne sprawy do opanowania. Organizację miejsca do spania, pakowanie, planowanie trasy, codzienną logistykę.

W podróży z gotowym pakietem wiele decyzji ktoś podejmuje wcześniej za nas. Kiedy ruszamy samodzielnie, zyskujemy swobodę, a wraz z nią konieczność dokonywania własnych wyborów. Czasem trafionych, czasem wymagających poprawki.

Nie każdy musi polubić taki sposób wypoczywania. Ja odkrywałem go etapami. Zwykły namiot był częścią tej drogi równie ważną jak późniejsze kampery. Nie trzeba od razu wiedzieć, jaka forma okaże się nasza. Można sprawdzać, zmieniać zdanie i stopniowo dowiadywać się, czego właściwie szukamy.

Na safari nurkowym na Morzu Czerwonym najpierw zastanawiałem się, czy w ogóle dam sobie radę fizycznie, po długiej przerwie w nurkowaniu. A potem zobaczyłem rekiny. To jedno z tych doświadczeń, dla których warto było zrobić miejsce w swoim życiu.

Żeby jednak taki moment w ogóle mógł się wydarzyć, wcześniej trzeba podjąć decyzję o wyjeździe, przygotować się i wejść w nowe warunki. Samo wyobrażanie sobie przygody jeszcze nas do niej nie przybliża. W którymś momencie trzeba przejść od „może kiedyś” do konkretnego działania.

Oczywiście ciekawość nie zwalnia z rozsądku. W nurkowaniu znaczenie mają przygotowanie, umiejętności i respektowanie własnych ograniczeń. Podobnie jest z innymi początkami. Możemy podejmować nowe wyzwania, dobierając ich skalę do swoich możliwości.

Założenie firmy ze wspólnikami też było nowym otwarciem. Wnosiliśmy doświadczenie, ale przyszłości nie dało się znać. Żaden zawodowy dorobek nie usuwa ryzyka ani nie gwarantuje, że wszystkie decyzje okażą się słuszne.

To ważne, bo opowieści o zaczynaniu po pięćdziesiątce łatwo zamienić w kolekcję sukcesów. Firma, podróże, niezwykłe przeżycia – wszystko ładnie wygląda w kilku zdaniach. W codziennym życiu pozostają jednak odpowiedzialność, niepewność i sytuacje, w których trzeba ponownie przemyśleć swój pomysł.

Gotowość na nowe obejmuje również zgodę na to, że rzeczywistość zweryfikuje nasze oczekiwania.

Jeszcze inny rodzaj otwarcia wiązał się z męskimi kręgami. Zaczynałem jako uczestnik Watah. Później zostałem moderatorem kręgów Masculinum.

Tutaj uczenie się dotyczyło przede wszystkim relacji: słuchania, mówienia o sobie, spotkania z cudzym doświadczeniem. W takiej przestrzeni nasze zwykłe sposoby funkcjonowania również mogą wymagać zmiany. Przyzwyczajenie do udzielania rad, szybkiego szukania rozwiązania czy zachowywania trudnych spraw dla siebie nie zawsze pomaga w rozmowie.

Można mieć za sobą kilkadziesiąt lat życia i nadal odkrywać, jak powiedzieć coś ważnego drugiemu człowiekowi. Można też usłyszeć coś, co zmieni własne spojrzenie na sprawę, którą uważaliśmy za dawno rozstrzygniętą.

W poprzednim artykule pisałem o samotności i o tym, jak trudno czasem znaleźć człowieka do szczerej rozmowy. Próbowanie nowych rzeczy otwiera również drzwi do nowych znajomości. Wspólna nauka czy praca daje powód, żeby się spotkać, wrócić za tydzień, zapytać kogoś o jego doświadczenie. Z czasem może powstać z tego coś więcej.

Nie trzeba przy tym zakładać firmy ani wyjeżdżać na drugi koniec świata. Tym Pierwszym Razem może być lekcja tańca, warsztat stolarski, nauka języka, wyjście na zajęcia w pojedynkę. Coś, na co od dawna mamy ochotę, lecz za każdym razem znajdujemy powód, żeby odłożyć decyzję.

Możemy też spróbować i stwierdzić, że to jednak nie dla nas. Zrezygnować z zajęć, zmienić sposób podróżowania, poszukać innej grupy. Taka próba nadal mówi nam coś o sobie. Nie każda nowa aktywność musi zostać pasją na resztę życia.

Dzisiaj widzę, ile moich doświadczeń zaczęło się od zgody na chwilową niewygodę: jeszcze tego nie znam, muszę zapytać, czegoś się nauczyć, skorygować przyzwyczajenie.

Po pięćdziesiątce nadal możemy poszerzać odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy i jak chcemy żyć. Własne doświadczenie jest w tym cennym oparciem. Warto zostawić obok niego trochę miejsca na ciekawość.

Czego chciałbyś spróbować, gdybyś pozwolił sobie na początku robić to nieporadnie?

Tekst pierwotnie opublikowany na LinkedIn.