„Musimy się kiedyś spotkać”. Albo: „Zdzwonimy się”.
I naprawdę mamy taki zamiar. Jeszcze tylko zamkniemy projekt, uporządkujemy sprawy w domu, minie ten trudniejszy okres. Potem będzie spokojniej. Będzie czas…
Mijają tygodnie. Czasem miesiące. Przy kolejnej okazji powtarzamy to samo zdanie, nadal z przekonaniem.
Zastanawiam się, ile ważnych znajomości oddala się od nas właśnie w ten sposób. Bez konfliktu i świadomej decyzji o rozstaniu. Po prostu coraz rzadziej znajdujemy dla siebie czas.
Kiedy myślę o przyjaźniach z młodości, widzę przede wszystkim wspólnie spędzone godziny. Szkoła, liceum, studia. Rozmowy między zajęciami, powroty do domu, wyjazdy, sport, pierwsze samodzielne decyzje.
Nie trzeba było za każdym razem organizować spotkania. Byliśmy obok siebie niemal codziennie. W moim liceum, warszawskim Reytanie nałogowo graliśmy w brydża. Razem dorastaliśmy, próbowaliśmy różnych rzeczy, popełnialiśmy błędy. Poznawaliśmy się także wtedy, gdy coś nam nie wychodziło.
Być może dlatego niektóre z tych więzi wydają się tak trwałe. Powstawały w warunkach, które później trudno odtworzyć: dużo czasu razem, wspólne przeżycia i powtarzająca się okazja do rozmowy.
W dorosłości ta codzienna bliskość przestaje być oczywista.
Pojawia się rodzina, praca, odpowiedzialność za innych. Po całym dniu czasem naprawdę nie mamy już siły na telefon. Weekend wypełniają sprawy, których nie udało się załatwić w tygodniu.
Można kogoś lubić, tęsknić za spotkaniem i jednocześnie przez długi czas nic z tym nie robić.
Dobre intencje nie zawsze wystarczają, żeby druga osoba czuła naszą obecność.
W pracy spędzamy ze sobą wiele godzin. Znamy swoje kompetencje, sposób działania, reakcje na presję. Potrafimy wspólnie rozwiązać trudny problem, pożartować, zjeść lunch.
Czasem rodzi się z tego przyjaźń. Mam jednak wrażenie, że dużo rzadziej niż w czasach szkoły, bo jednak sama liczba godzin w jednym biurze nie oznacza jeszcze bliskości. Role zawodowe, hierarchia czy rywalizacja mogą sprawiać, że ostrożnie wybieramy to, co pokazujemy.
Kolega może wiedzieć, że świetnie prowadzę projekt, a nie mieć pojęcia, że przeżywam trudny czas w związku. Może znać moje plany zawodowe, ale nie wiedzieć, czego się boję.
I tutaj pojawia się pytanie, które szczególnie mnie interesuje: dlaczego nam, mężczyznom, bywa tak trudno powiedzieć o sobie coś więcej?
Nie sądzę, żeby istniała jedna odpowiedź.
Niektórzy z nas od dziecka słyszeli: „Nie mazgaj się”, „Weź się w garść”, „Musisz sobie poradzić” i to najczęściej przywoływane: „Chłopaki nie płaczą”. Inni doświadczyli wyśmiania, kiedy pokazali strach albo smutek. Jeszcze inni przez lata byli doceniani przede wszystkim za skuteczność: dowieźć, zarobić, naprawić, znaleźć rozwiązanie.
W takim doświadczeniu zdanie „nie radzę sobie” może brzmieć jak ryzyko utraty szacunku.
Do tego dochodzi brak praktyki. Łatwiej opowiedzieć, co wydarzyło się w pracy, niż nazwać emocje, które to we mnie poruszyło. Złość bywa dostępna od razu. Rozpoznanie pod nią lęku, wstydu czy poczucia odrzucenia wymaga chwili zatrzymania.
A potem trzeba jeszcze znaleźć człowieka, któremu chcemy o tym powiedzieć.
Trudno poczuć się naprawdę poznanym, jeśli pokazujemy wyłącznie tę część siebie, która sobie radzi.
Nie oznacza to, że każda rozmowa z przyjacielem musi być głęboka. Wspólny mecz, naprawa motocykla, spacer czy żarty też mają swoje miejsce. Czasem właśnie podczas takich zwykłych aktywności pojawia się okazja, żeby powiedzieć: „Słuchaj, ostatnio jest mi ciężko”.
Ważne, czy jest na to przestrzeń. Czy rozmowa może pójść dalej, jeśli jeden z nas tego potrzebuje.
Z perspektywy uczestnika, a później prowadzącego męskie kręgi, szczególnie ważny wydaje mi się temat bezpieczeństwa w rozmowie. Możliwości wypowiedzenia czegoś bez natychmiastowej oceny, obśmiania czy instrukcji, jak należy żyć.
Czasem pierwszą potrzebą jest po prostu zostać wysłuchanym.
Bezpieczeństwo buduje się stopniowo. Mówię trochę więcej i obserwuję, co się dzieje. Czy druga osoba słucha? Czy respektuje moją granicę? Czy to, co powiedziałem, pozostaje między nami? Czy następnym razem pamięta, że przechodziłem przez coś trudnego?
Z takich doświadczeń może rosnąć zaufanie.
Krąg nie daje przyjaźni w pakiecie. Może jednak stworzyć warunki do ćwiczenia szczerości, uważnego słuchania i bycia z innymi bez konieczności ciągłego udowadniania swojej wartości. Poza tym – w kręgach spotykamy się tylko raz na jaki czas.
Niekiedy dopiero rozstanie, choroba, strata albo odejście z pracy pokazują nam, jak bardzo potrzebujemy drugiego człowieka. Dochodzimy do jakiejś krawędzi i orientujemy się, że trudno nam wskazać osobę, do której moglibyśmy zadzwonić z czymś naprawdę osobistym.
Wolałbym, żebyśmy nie musieli czekać na taki moment.
Możemy zacząć wcześniej. Od jednej konkretnej propozycji zamiast kolejnego „kiedyś”. Od spaceru raz w miesiącu. Od telefonu, podczas którego po pytaniu „co słychać?” zostaniemy chwilę dłużej przy odpowiedzi.
Możemy też sprawdzić, czy stara przyjaźń da zgodę na to, kim jesteśmy dzisiaj. Wspomnienia są cenne, ale przez dwadzieścia lat wiele mogło się zmienić. Warto poznawać się na nowo, zamiast zakładać, że nadal wiemy o sobie wszystko.
Nie każda relacja wróci. Nie każde zaproszenie zostanie przyjęte. Przyjaźń potrzebuje wzajemności, a druga osoba może być w innym miejscu życia.
Mimo to warto zrobić swój krok. Także w stronę nowych ludzi, z którymi możemy dzielić zainteresowania, czas i stopniowo coś więcej.
Po czterdziestce, pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce nadal możemy się tego uczyć. Może przypominać sobie coś, co kiedyś przychodziło łatwiej. Może po raz pierwszy pozwolić komuś zobaczyć nas bez gotowej odpowiedzi na każde pytanie.
Kto przyszedł Ci na myśl podczas czytania tego tekstu. Jaki konkretny termin spotkania możesz mu dzisiaj zaproponować?


